girl-interrupted blog

Twój nowy blog
2006: przespany, przejedzony, przeczytany, przeoglądany, przesłuchany, przepity. bardzo przyziemny, niekomfortowy. zetknięcie się z rozczarowaniami. wyznaczanie celów i brak sukcesów. je suis une fille sans racines. inne miasta, inne zapachy. jej mlecznobiałe ciało i kruczoczarne pukle. erotyka w operze i wyuzdanie operetek. bezsenne pożądanie, bezsenna nostalgia. lublana-zagrzeb-belgrad. pražské jaro + paris 1968. achmatowa, poświatowska, e.e cummings. the lost generation i the jazz age. tomasz, sabina, teresa, milan. nieśmiertelne śmieszne miłości. nowe twarze, nowe gęby. polityka, kino, dyplomacja. café dans —. sny w dymie papierosowym. poranki nadmorskie, noce w lesie. weteranki i bohaterki wojenne. GRAVIORA MANENT.

2007: GRAVIORA MANENT. twarz wilgotna od porannej rosy. ‚ciekawe czy uda nam się osiągnąć orgazm bez dotykania’. zakamuflowana perwersja. simone de beauvoir & jean paul sartre. gałki oczne ingrid thulin. niepewność i wszechogarniająca trwoga. brak oczekiwań. histeria kobiet balzaca, która wpływa na mnie niekoniecznie korzystnie. odliczanie godzin do końca dnia przy jednoczesnym braku czasu. rozmowy z ludźmi auguste rodin. elegie północne. je veux vivre ma vie w więcej niż dwunastu rozdziałach. spacery nad jezioro, kiedy dzieci nie zbierają się przy choince; woda jest lustrem, w którym chciałabym zobaczyć SIEBIE.

lisa_radclifa.jpg

jak do tej pory nowy rok oraz dni go poprzedzjące to jedna wielka, cholernie nudna, szara masa. w 2007 wchodzę bez oczekiwań; to mniej boli. que sera, sera, choć to nie w moim stylu. na sam początek zgotowano nam niemałą niespodziankę w postaci odesłania na tamten świat saddama. nie spodziewałam się, że się na to zdecydują. podobają mi się komentarze naszych dyplomatów. jeden z nich zauważył, że większość społeczeństwa jest za karą śmierci, czego rząd nawet nie powinien negować. zastanawiam się, dlaczego na opinię społeczeństwa równie chętnie nie powołuje się w sprawach aborcji, eutanazji, legalizacji związków homoseksualnych chociażby. mnie natomiast traktuje się jak lewaka i zagorzałego marksistę, gdy tylko mówię coś nieskrajnie prawicowego/nienacjonalistycznego/nie po ich myśli.
warto też zauważyć, że jesteśmy świadkami początku w mojej opinii całkiej wielkich zmian w postrzeganiu kościoła, czy raczej jego związku z polityką. zważywszy na zaistniały, niewygodny nieco problem z najsławniejszym w chwili obecnej polskim arcybiskupem ciśnie mi się na usta stwierdzenie ‚sekularyzacja państwa’. może przesadzam, ale nawet w najbliższym otoczeniu wyczuwam zmiany. niektórzy co prawda wciąż mają mnie za prowokatora antyklerykalnych krucjat, co wydaje się śmieszne, bo mimo, że deklaruje się jako ateista, mam dla księży wielki szacunek, a z jednym z nich [ nieżyjącym już niestety ] zawarłam przyjaźń.

czytam transkrypty debat z christiane amanpour, słucham lakme i otella, w między czasie zerkam na bonjour tristesse premingera i czytam hugo. sama sobie momentami zazdroszczę tej podzielności uwagi.
jestem zmęczona. wszak na sen nie mam co liczyc.

personaa.jpg

mal du siècle? je suis toujours malade! moi aussi.

słucham gainsbourgów, leczę kaca po koniaku, który zresztą ogrzewałam jak i piłam w towarzystwie szabó. i tylko jego. tak sobie myśle, że to miło, iż ludzie myślą, że mam dar. rzekomo potrafię włączać i wyłączać swoje zdrowie. lubię wierzyć, że pod chorobą kryje się tajemnica i romantyzm. stawianie czoła temu mitowi okropnie boli.

słuchanie rapsodii liszta w obecnej sytuacji to jakiś okropny żart. powinnam się położyć i pomyśleć, by częściej tu pisać. zapominam jak ważne są pamiętniki.

genewa.jpgA ja znam na tym świecie jedno miasto
I we śnie po omacku je odnajdę.
>> Anna Achmatowa.

[ ale o tym później ]

Chyba jednak nie, zważywszy, że wolę jednak pisać listy.

dish.jpg

Byłoby zaiste wspaniale, gdyby nieprzyjemności związane z Sudanem [ Darfur ], Ugandą czy Republiką Konga nie okupowały mojego umysłu. Niemniej jednak muszę przyznać, że gdyby nie tym [ bądź Gorbaczowem, bądź Kim Ir Senem, bądź ... ] zaczęłabym bardziej przejmować się swoimi własnymi issues. Takie głupie refleksje nachodzą człowieka zazwyczaj po północy, kiedy serce buntuje się przed kolejną dawką kawy a rytmiczna muzyka z nurtu new new new wave mało pomaga i działa podobnie jak mruczenie Charlesa Trenet lub monotonne zawodzenie Edith Piaf. Dopiero wtedy umysł rozjaśnia mi myśl ‚jesteś chora’ a rekonwalescencja potrwa długo, choć już nigdy nie zwrócony zostanie ci poprzedni wygląd. A to napawa nielada strachem. Kradziona jest mi resztka indywidualizmu, przez co w ogóle przestanę utożsamiać się ze swoim ciałem. Przez to rozszczepienie zaś stracę jakikolwiek szacunek do własnej osoby. Miła perspektywa. Mam jednak na uwadze to, że jest po północy, a mój organizm źle reaguje na kofeinę.

Dzisiaj, to jest w piątek, zaczyna się absoultnie szalony tydzień przedświąteczny, co definitywnie zaleje mnie fizyczną i umysłową pracą, mam też nadzieję na jakieś kulturalne przyjemności. Od dawna marzy mi się całodniowy seans z Antoine Doinelem, ale to zdaje się będzie musiało zaczekać do krótkich dni czysto świątecznych [ choć ciśnie się na usta stwierdzenie drastycznie świeckich ]. Tak czy inaczej nie będzie zbyt wiele czasu na puste rozmyślania.

Teraz nie pisze się całymi zdaniami. Urywa się myśli, wpycha milion znaków interpunkcyjnych i dorabia ogonki wszystkim samogłoskom. Tak jest modnie. Podobnie jak sprowadzanie za przeproszeniem rzygania do rangi sacrum i podniecanie się swoją biernością tudzież pseudoartyzmem. Wszystkie [ tak – one ] chcą pisać, malować, kręcić filmy, ale przede wszystkim brylować na imprezach w możliwie najelegantszy sposób. Przyglądając się tej całej pladze miło jest od czasu do czasu spędzić czas z normalnymi ludźmi [ choć wcale nie szarymi ], których całe szczęście w moim życiu nie brakuje. Potrafią mówić o rzeczach ważnych nie uderzając w patos, używać potocznego słownictwa opisując zjawiska spektakularne i nie brzmiąc przy tym niestosownie. Nie używają słów, których nie rozumieją. Po prostu są, pozbawieni gęby i rozdmuchanego ego. Chwała im za to.

unefemme.jpg

Jakiś czas temu pisałam, że zima przyszła w tym roku stanowczo zbyt wcześnie, wywlekając wszelkie wspomnienia wprowadzała w konsternację. Otóż znikając namieszała jeszcze bardziej. Wszystko się zachwiało i jak niby mam w zaistniałej sytuacji udawać zdeterminowaną i stoicką [ tarcza obronna, czasami działa ]? Śpię półnaga przy szeroko otwartym oknie i ledwo dostaję gęsiej skórki uwalniając się z pościeli. Choć nie spodziewałam się, że to powiem, z utęsknieniem oczekuje śniegu, Magicznego Fletu Mozarta i La belle de jour Buńuela. Tymczasem tkwię w tej samej mgle i niezmiennej frazeologii. Ah, to nie ma ładu i składu. Wciąż tylko czekam.
Anna Karina i Luc-Godard uratują sytuację. To jest plan.

Elizabeth Schwarzkopf & Maria Callas
g211.jpg
Dzisiaj myślę data warta odnotowania. 83 lata temu, w Nowojorskiej obczyźnie, urodziła się Maria Anna Cecilia Sophia Kalogeropoulos, później znana jako Maria Callas. Mówienie jak ważną postacią na scenie operowej była Callas jest bezsenoswne. Nawet niezainteresowanym operą jej nazwisko winno i zapewne coś mówi. Osobiście zajęła w moim sercu miejsce bodaj najważniejsze pośród innych sopranistek. Uwielbiam Moffo, szanuję Anję Silję, młoda Netrebko rozbudza nadzieje. Ale to Callas doprowadza mnie do płaczu, uspokaja, inspiruje. Słucham jej jadąc do szkoły, siedząc w kawiarni, czytając. Bardzo żałuje, że pozostała po niej tak znikoma ilość nagrań, była świetną aktorką. A może, to postaci, które grała były do niej podobne, nie wiem. Do śmierci jednak będę wdzięczna Zeffirelliemu za II niezapomniany akt Toski z Covent Garden; szczytowa forma Callas, później było coraz gorzej. Nie tylko z głosem. Nie cierpię obarczać mężczyzn za niepowodzenia kochanek. Denerwuje mnie, gdy spycha się Teda Hughesa do rangi mordercy, choć Plath lubię wcale niemało. Tym niemniej nazwisko Arystotelesa Onassisa kojarzy mi się tylko i wyłącznie źle. Tak, jestem nawet skłonna powiedzieć, że Callas zmarła przez niego. A raczej z nim. I nie chodzi tu bezpośrednio o samą jego postać, ale o to co spowodował. Inaczej obwiniałabym także Jacqueline Kennedy, non?
Naprawdę myślę, że jedna sztuka o Callas [ Master Class Terrenca McNally; u nas w rolę divy wcieliła się Krystyna Janda ] to stanowczo za mało. Podobnie jak jestem przekonana, że winno się napisać libretto o Ricie Hayworth i Orsonie Wellesie, tak kolejne nt. związku Marii z Onassisem jest równie niezbędne. Szkoda tylko, że Puccini, Mozart, Bellini są nie żywi. I w ogóle.
Najlepszego, Maria.

callasforever.jpgCallas Forever ( 2002 ); Franco Zeffirelli

Zefirelli to dla mnie często zbyt duży kicz, toteż dobieram repertuar starannie. Naprawdę upłynęło sporo czasu zanim zdecydowałam się obejrzeć Callas Forever. Film o przyjaciółce, ku pamięci przyjaciółki; takie przynajmniej miał zamiary jak sądzę. Znali się dobrze, fakt, ale istniała obawa, że stworzy ckliwe dzieło pełne patosu, niedopowiedzeń i przekolorowania. Tymczasem nie. Film opowiada o ostatnich dniach Callas, już po fatalnym koncercie w Japonii. Pozbawiona swojej jedynej broni — głosu tkwi na wpół umarła w jedym miejscu, nie ruszając się z domu, zapomniana i zgorzkniała. Młode pokolenie zapaleńców pragnie jej występów. I tu rodzi się pomysł by zekranizować Carmen, której to Maria nigdy nie [ zdążyła? ] zagrać. Posiadając jednak jej nagrania oraz posługując się nowinkami technicznymi udaje się zespolić obraz z głosem la diviny w jej najlepszej formie. Oglądanie filmu boli. Callas pokazuje się nieco na podobieństwo do trupiej Normy Desmond z Sunset Blvd. Wildera. Mieszkanie pełne starych fotografii i pamiątek. A pośród nich zdjęcia Arystotelesa, jej wiecznej miłości. Jedna z najcięższych scen to ta, wktórej Callas śpiewa do swojego nagrania Un bel di vedremo, powoli popadając w histerię. Stracić głos, straciś swoja jedyną broń.


callasforever2.jpg

Tuż przed dystrybucją Carmen Maria postanawia zniszczyć nagranie, bo jak twierdzi byłoby to fałszywe i niesprawiedliwe. Dodałabym, że obrzydliwe i przeokropnie smutne.
Sam film miło mnie zaskoczył. Fanny Ardant jest niezwykle przekonująca w roli pięknej greczynki. Przez cały niemal czas nosi garderobę od CHANEL, pełna klasa. Bardzo ładnie zrealizowany film. I naprawdę nie miałabym nic przeciwko by być Fanny i posiadać swojego osobistego Francois Truffaut. [ Bądź też być Truffaut i posiadać swoją własną Ardant, naprawdę ].

callasonassis.jpg
„First I lost my voice, then I lost my figure and then I lost Onassis.”

Callas Forever

lyle gomes
lylegomes1.jpg

Przyszła wczoraj wraz ze mgłą, pomiędzy łykiem kawy a papierosem; niezapraszana. Przedzierała się przez szarości zza okna, jak mój czerwony płaszcz. Miała parasolkę, wilgotne lica i jelenie oczy. Wpatrywałyśmy się w siebie doputy popiół nie pobrudził mi swetra. Strzepując go schyliłam głowę, gdy zaś podniosłam jej już nie było. Zniknęła i narodziła się w dokładnie tej samej chwili.
Nazwałam ją Anna i już czuję się zażenowana jej ekshibicjonizmem.

Un jour comme un autre ou je restais seule avec moi,
Pourquoi Anna, Anna, restes tu seule avec toi,
Un jour comme un autre, il viendra vers moi me dire,
Je t’aime Anna, Anna, ce jour lŕ tout changera.

unbearable.jpgNigdy nie napiszę książki, gdyż nie da się napisać czegoś, co choć w jednej tysięcznej nie jest autobiografią. Monsieur Kundera opisał wszystko to co czuje, to kim jestem w jednej swojej powieści i poszerzył charakterystykę o kilka innych. Tak czy inaczej mieszczę się w tej największej, przeczytanej niezliczoną już ilość razy. Nie chciałabym powtarzać się w nieciekawy i brukowy sposób po Nieznośnej Lekkości Bytu, naprawdę. To byłoby zgoła bezsensowne. Tereso, Tomaszu, Sabino.

dunyax.jpg
Miało być o pierestrojce, wewnętrznych reformach oraz idealistycznym programowaniu własnej osobowości. Tymczasem wypływająca z wewnątrz natura nihilistyczna w bardzo młodzieńczy sposób neguje wartość czynów zamierzonych i wprowadza w stan marazmu. Oczekiwania na ewentualne trzęsienie ziemi. Bądź śmierć. Nie jest to bynajmniej nic o podłożu depresyjnym. Zwykłe egsystencjalne omdlenie; stan duchowo przedagonialny, aczkolwiek od zaraz gotowy do szybkiej reanimacji. Dwubiegunowy i niezdecydowany co do przynależności do którejś ze stron ( to tj. tej o płonnych dalekosiężnych planach oraz tej drugiej, biernej i nieszczęśliwiej najogólniej mówiąc ).
Piszę i czytam o Ugandzie; oglądam stare poojcowskie reportaże i myślę, że ciekawie byłoby kiedyś odwiedzić ten środek piekła. Oczywiście liczę, że ( jeśli już ) oczom moim ukaże się jedynie jakiś momument bądź cisza i pamięć, niemniej mimo wszystko czuje się okropnie mówiąc o tym. Biała, wyedukowana dziewczyna żyjąca gdzieś w Europie ( i to nie w byłej Jugosławii! ). Tak łatwo otrzeć się o fałsz; o tzw Ambasadorów Dobrej Sławy Woli. James Nachtwey, on błyszczy wśród fałszywego blasku. Flesz jego aparatu przyćmiewa te, przed którymi podążają gwiazdy. Modnie jest wśród rzeczonych wielkich znać jego nazwisko, zachwycać się ludzka niedolą na nowojorskich wystawach. Przy obiedzie, tuż przed snem najlepiej zakopać zdjęcia gdzieś głęboko i nie myśleć. Większość pewnie się skrzywi, gdy powiem, że mam jedno z nich niedbale przyklejone do poddaszowej ściany niewiele nad wanną. Chcę by moje dziecko znało Kosowo, Sudan, Czeczenię. Chciałabym, by czuło zmęczone oddechy na swoich policzkach. I nie traciło szacunku, dla tych którzy pozostali.

Uderzający o szybę deszcz przypominał karnawałowe fajerwerki. Było ciemno, samochód ślizgał się po asfalcie. Oparta o własną dłoń przysypiałam przy melancholijnych rytmach bossanovy. A potem już tylko jej mlecznobiałe ciało, jaśminowy zapach i kruczoczarne pukle. Roztrzaskiwała się z każdą kolejną kroplą. To śmieszne, że widuję ją już jedynie w porze deszczowej. Nie ma uśmiechu, jej głos rozmył się dawno temu. Jej wskazujący palec przesuwający się z Lublany do Belgradu, z Rabat do Algieru, z moich powiek na jej usta pozostaje najbardziej rzeczywisty. Nawet w porze deszczowej. Zaczynam tęsknić, za tym czego nienawidziłam. Wyzbywszy się irytacji, trosk i znudzenia zaczynam tęsknić. Jakież to patetyczne i destrukcyjne. Dobrze, że odwiedza mnie tylko w deszczu; nie chciałabym pamiętać o niespełnionych przytupach w paryskim bistro…ani, ani.

hir.JPGHiroshima, mon amour ( 1958 ); Alain Resnais

Jeden z najpiękniejszych filmów jakie widziałam. Jeden z moich ulubionych. Los chciał, abym była jedną z tych, która kocha, nie nienawidzi. Oglądając, nie myślę, czy to on właśnie rozpoczął boom nowofalowy, czy był bardziej a czy b, czy był jednym z najlepszych debiutów w historii. Przecieram tylko wilgotne oczy i przeżywam z nimi każdą sekundę, jakby należeli do mnie. Czuję na skórze jego uściski, bolą mnie jego słowa, dzielę z nią słony smak piwnicy. Jestem tam, a Hiroshima.

hir4.JPGRien! De même que dans l’amour, cette illusion existe. Cette illusion de pouvoir ne jamais oublier. De même j’ai eu l’illusion de voir Hiroshima que jamais je n’oublierais, de même que dans l’amour.

hir2.JPG- Je n’ai rien inventé.
- Tu as tous invent

hir1.JPGnic nie widziałaś w Hiroszimie. Nic.


  • RSS

Polecamy

Nie masz jeszcze bloga? Załóż bloga

Polecamy